Słodki skarb Indian Ameryki Południowej

Odwiedzając dzisiejsze stragany z żywnością nie zawsze zdajemy sobie sprawę, jak wiele obecnych tam produktów zawdzięczamy rodowitym mieszkańcom obu Ameryk. To tam jadalne rośliny z rodziny psiankowatych od setek lat żywiły swoimi owocami oraz bulwami - pomidorami, ziemniakami, czy bakłażanami, rdzennych Indian.

 

Inną rośliną,  z tej samej rodziny, jest tytoń.  Jego nazwa łacińska - (nicotiana) - pochodzi od nazwiska francuskiego posła na dworze portugalskim, który przyczynił się do jego rozpropagowania w Europie. Dopiero jednak Anglicy zaczęli masowo go uprawiać w swoich koloniach i niewątpliwie, obok Holendrów, odpowiadają za rozwój przemysłu tytoniowego.


Dość dodać, że niejeden z ojców Ameryki, na przykład George Washington, parał się uprawą tytoniu i źródła niejednej fortuny amerykańskiej wyrosły na korzeniach Nicotiana tabacum.


Dopiero uprawa trzciny cukrowej przejęła hegemonię tytoniu wśród upraw kolonialnych. Trzcinie cukrowej przyjrzymy się bliżej oddzielnie, bo jej rodowód jest zupełnie inny – pochodzi z Indii, także i historia związana z jej uprawą zasługuje na bliższe poznanie.


Indianie z Amazonii chętnie sięgali po różne rośliny, a biali koloniści chętnie ich podpatrywali. I tak liście Erythroxylon coca, których żucie dawało Indianom odprężenie i rześkość, wzbudziły na tyle duże zainteresowanie, że efekt ten zainspirował uczonych do poszukiwań substancji czynnej za niego odpowiedzialnej.  Tak narodziła się kariera kokainy! Jednym z jej pierwszych admiratorów był Zygmunt Freud. W Stanach, z kolei, John Pemberton, aptekarz z Atlanty, stworzył w 1885 roku  formułę napoju na bazie wina (sic!) z dodatkiem liści coca pod nazwą French Wine Coca.

 

Początkowo napój propagowany był jako świetne remedium na zmęczenie. Szybko też, ze względu na ustawy prohibicyjne,  zmieniła się formuła i powstał napój gazowany, już bez zawartości wina, ale z dodatkiem kokainy – alkaloidu z liści coca i kofeiny z orzeszków kola.

 

Dzięki przedsiębiorczości Asa Candlera, który węsząc dobry interes, przejął firmę od spadkobierców założyciela, na rynku szybko pojawił się produkt pod nazwą Coca Cola. I  marka ta króluje na nim do dziś. Podobno oficjalnie nie dotarła tylko do dwóch krajów na świecie – Kuby i Północnej Korei, z powodów zapewne czysto ideowych.

 

Receptura Coca Coli, jak niesie wieść gminna, jest okryta ścisła tajemnicą, wiadomo jednak, że od 1904 roku nie zawiera już czystej kokainy, tylko substraty z liści coca, już po ekstrakcji alkaloidów.

 


Dlaczego o tym wspominamy? Na darach natury można zrobić świetny interes. Tytoń, cukier, kawa są tego przykładem. Trudno je jednak opatentować. Formułę napoju opartego o dary natury – już tak. I wtedy nikt już nie może zagrozić naszym interesom.


Liczy się siła marki. Coca Cola jest tu świetnym przykładem. Oczywiście nie jest w interesie takich marek, aby naśladownicy podszywali się pod nie. Podobnie, jak nie jest w interesie producentów sztucznych słodzików, aby ktokolwiek oferował produkty, które je zastąpią. Na przykład naturalne substancje słodkie spotykane w świecie roślin.
 
Wystarczy znowu przyjrzeć się zwyczajom mieszkańców Ameryki Południowej. Indianie Guarani już od zarania dziejów dodawali liście wybranych roślin, aby poprawić smak naparów z yerba mate. Po koniec dziewiętnastego wieku, czyli w czasach narodzin Coca Coli, opis takiej rośliny opublikował szwajcarski botanik Bertoni .

 

Nazwano ją stevia reubadiana Bertoni, a ponad trzydzieści lat później wyekstrahowano z niej dwa glikozydy za słodki smak odpowiedzialne – stewiozyd i reubadiozyd. Ze względu na wspólny rdzeń nazywane też często glikozydami steviolowymi. Charakteryzują się ponad 300 – krotnie większa słodyczą niż cukier buraczany, nie są kaloryczne, ba, można je obrabiać termicznie – nie tracą właściwości w wysokich temperaturach.


Od lat pięćdziesiątych znamy ich wzory chemiczne, dopiero dwadzieścia lat później odkrywają ich przydatność jako naturalnych słodzików Japończycy, później też Brazylijczycy. W USA zostają dopuszczone jako dodatek do żywności dopiero w 2008 roku – wcześniej oskarżane o brak wystarczających dowodów dotyczących ich bezpieczeństwa – co oczywiście nie było przeszkodą dla wprowadzenie większości sztucznych słodzików!

 

To jednak nic – w Europie są oficjalnie dopuszczone do obrotu przez Komisję Unii Europejskiej dopiero od 2011. Pytanie – czy dlatego, że rzeczywiście tak długo debatowano nad ich bezpieczeństwem, czy też zagrażały potężnym interesom koncernów ? Któż może wiedzieć, dla nas ważne jest to, że dysponujemy alternatywą dla sztucznych słodzików! Nie dość, że bezcukrowych, to także  naturalnych i bezkalorycznych, tak więc możliwych do stosowania przez diabetyków i wszystkich liczących kalorie! Oraz znanych i stosowanych od tysiącleci przez Indian Ameryki Południowej, podobnie jak liście coca, czy orzeszki kola!